Komfort picia

Choroba alkoholowa, jak każda inna, ma swoje określone objawy i przebieg. W wielu klasyfikacjach i opisach wyróżniane są poszczególne etapy rozwoju alkoholowego problemu, ważnym przy tym pojęciem pozostaje bardziej chyba potoczny termin komfort picia.

Pijący alkoholik w miarę możliwości stara się zapewnić sobie przyjazne i komfortowe warunki oddawania się nałogowi. Oznacza to, że bardziej lub mniej świadomie dąży do stworzenia sytuacji, w której pijaństwo nie będzie napotykało na przeszkody i nie będzie się wiązało z ponoszeniem jakichkolwiek kosztów.

Czym są koszty picia?  

Kosztami picia nazywamy wszelkie negatywne konsekwencje (nad)używania alkoholu. Pojęcie to jest bardzo szerokie – do kosztów picia zaliczyć można zarówno porannego kaca, jak i ostateczny rozpad związku uczuciowego czy całej rodziny. Do tej grupy zjawisk należą spowodowane piciem problemy zdrowotne i wszelkie związane z nim wydatki finansowe (zakupy alkoholu, pokrywanie wszelkich szkód, a nawet koszty opieki zdrowotnej w przypadku, kiedy picie spowoduje w końcu rozstrój zdrowia).

Jeśli alkoholik, z powodów związanych z alkoholem umiera, również śmierć zaliczyć można do poniesionych kosztów picia. W chorobie alkoholowej, od jej początku do fazy zejściowej koszty picia są zawsze w tej czy innej formie obecne i z zasady z upływem czasu bardzo szybko wzrastają.

Warto podkreślić, że koszty pijaństwa ponoszą także (a może przede wszystkim) osoby bliskie pijącego, o czym wspomnę jeszcze w dalszej części wpisu.   

Komfort picia trwa, dopóki pijący nie ponosi negatywnych konsekwencji własnego pijaństwa lub też konsekwencje te są tak mało znaczące, że wszelkie alkoholowe wyskoki nadal kojarzą mu się wyłącznie z beztroską rozrywką. Jeśli z piciem związane są same przyjemności, alkoholik nie ma powodu do porzucania nałogu, tym bardziej, że na tym etapie zwykle nie zdaje sobie sprawy z własnego uzależnienia. Jest w stanie ostro pić, jednocześnie pracować, poświęcać się nawet jakiemuś (poza piciem) hobby i do pewnego stopnia czerpać satysfakcję z wielu dziedzin życia. Dlatego wszelkie uwagi na temat związanego z piciem ryzyka uważa za absurdalne, nierzadko w odpowiedzi przytaczając liczne przykłady własnego kwitnącego zdrowia: „bawiliśmy się do piątej rano, a o siódmej byłem już w pracy, jaki tam ze mnie alkoholik…”, itd.. Często bezkrytycznie chwali się własną alkoholową wydolnością, nie zdając sobie sprawy z faktu, że rozwijająca się, duża tolerancja alkoholu jest jednym z pierwszych, ostrzegawczych objawów postępującego uzależnienia.

Przeczytaj też: Jak wygląda mityng Anonimowych Alkoholików? Uwagi praktyczne 
Komfort picia to jednak zjawisko wykraczające znacznie poza osobisty obszar działania i przeżywania osoby pijącej. Wielki udział w kształtowaniu klimatu wokół codziennego pijaństwa ma otoczenie alkoholika. Rodzina i wszelkie inne osoby bliskie pijaka często kreują warunki, w których alkoholik czuje się jak przysłowiowy pączek w maśle. Mój bliski kolega nieraz wspomina jak teściowa, w odpowiedzi na prośbę o przyniesienie ćwiartki wódki, po powrocie ze sklepu z iście matczyną czułością wręczała mu popularną „siódemkę” (butelkę o pojemności 0,75 litra). Dopóki otoczenie pijącego nie dostrzega narastającego problemu oczywistym jest, że w geście przyjacielskich, wzajemnych uprzejmości, na wiele różnych sposobów niejednokrotnie ułatwia mu pijaństwo, wspierając alkoholowe inicjatywy integracyjne, finansując zakupy alkoholu, usprawiedliwiając wszelkie idiotyczne, pijackie wybryki, bagatelizując skutki picia itd. Na tym etapie chory nierzadko spostrzegany jest przez otoczenie jako niezwykle w towarzystwie ceniony inicjator i katalizator rozrywki, maskotka i wodzirej, a wszelkie ewentualne komentarze jego skłonności do napojów wyskokowych sprowadzają się do niewinnej frazy: on się lubi napić.
    
Pijąca z uzależnionym mężem żona doskonale podnosi komfort jego picia. Mąż nie tylko zyskuje wdzięczne, przyjazne i pełne wyrozumiałości towarzystwo do kielicha. Może przede wszystkim zagłuszyć wyrzuty sumienia, pije wszak z własną, ukochaną żoną, nie szlaja się po barach i melinach jak jakiś, nie daj boże, alkoholik! Zdobywa też cenny argument w razie ewentualnych wymówek – niech no tylko zaniepokojona żona spróbuje wspomnieć cokolwiek o piciu… „Sama też pijesz!” jest najbardziej prawdopodobną odpowiedzią, a zdezorientowana partnerka w pewnym sensie traci podstawy do formułowania jakichkolwiek dalszych uwag. Z tych i innych powodów wielu alkoholików poświęca masę energii, by swą towarzyszkę możliwie silnie zaangażować w częste, alkoholowe rozrywki.  Zaczyna się to zwykle od najbardziej podstawowych, łagodnych chwytów (zakupy – piwo czy wódka dla siebie i dobre wino dla żony, żeby nie kłapała dziobem) a kończy czasem na zwyczajnym zmuszaniu do wspólnego picia, czy to w drodze szantażu, czy najbardziej dosłownej, fizycznej przemocy.
Kilka kolejnych przykładów kształtowania komfortu picia:

– żona sprzątająca zarzygane mieszkanie, załatwiająca pijącemu zwolnienia lekarskie czy kłamiąca „w jego interesie”. Wiem, czepiam się żon, ale w umilaniu alkoholikowi pijaństwa zwykle to one grają pierwsze skrzypce i lista popełnianych przez nie w dobrej wierze, karygodnych błędów jest baaaaaardzo długa,  

– rodzice spłacający długi alkoholika,

– dzieci przynoszące alkohol czy ukrywające fakt, że ojciec znowu jest niedysponowany,

– pracodawca przymykający oko na ciągłe absencje czy przypadki kiepskiej formy pijącego pracownika,

– sprzedawca w sklepie czy właściciel baru, umożliwiający alkoholikowi picie „na krechę”. W tym przypadku warto wspomnieć, że opisana zależność jest zupełnie naturalna, maksymalny komfort picia osoby uzależnionej leży bowiem w najlepiej pojętym interesie sklepikarza czy barmana. Na alkoholowym problemie klientów właściciele barów i sklepów budują przyszłość własną i czasem kilku kolejnych pokoleń swojej rodziny,

– sędzia umarzający sprawę sądową, w której alkoholik bierze udział jako winien związanego z alkoholem przestępstwa czy wykroczenia, 

– szwagier wożący pijącego po lokalach i imprezach, by w pieszej wędrówce z baru do baru przypadkiem za bardzo nie wytrzeźwiał,

itd.
    
Pewnym szczególnym, bo dość nieoczywistym przykładem budowania komfortu pijaństwa są podejmowane przez otoczenie (zwykle przez najbliższą rodzinę) próby kontrolowania czyjegoś picia. Chodzi mi o śledzenie alkoholika, sprawdzanie jego trzeźwości, wykrywanie schowanego alkoholu, poszukiwawczo-ratunkowe misje po barach itd. Rodzina zgłaszająca się do specjalisty opowiada zwykle o wysiłkach czynionych na rzecz uniemożliwienia alkoholikowi upijania się (proszę pana, my nawet próbowaliśmy zabierać i chować mu alkohol, i nic nie pomogło…). Jest to zjawisko bardzo typowe – osoby najbliższe alkoholika, poszukując informacji na temat problemu, z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem dowiadują się, że przez lata nieodpowiedzialnie wspierali jego picie, usiłując przecież piciu temu przeciwdziałać. Wszelkie próby kontrolowania pijackich poczynań osoby uzależnionej mogą również zwiększyć komfort jej picia, zawierają bowiem przynajmniej częściowe przejęcie odpowiedzialności za problem. Odpowiedzialności, której ciężar powinien dźwigać przede wszystkim sam pijący.
Komfort picia w swej najbardziej dla alkoholika atrakcyjnej postaci trwa do momentu, w którym otoczenie zaczyna dostrzegać problem. Wszelkie, czyjekolwiek uwagi na temat nadmiernego spożywania niesłychanie psują alkoholową, imprezową atmosferę. To między innymi dlatego pijący po pewnym czasie dobiera sobie przyjaciół wyłącznie uzależnionych – w gronie pijących alkoholików nikt nie prawi kazań i nie zawraca głowy głupotami. W szeregach solidarnie podążających do boju, prawdziwych pijaków nie ma miejsca na teksty politycznie niepoprawne, w związku z czym picie odbywa się zazwyczaj w atmosferze błogiego, choć bardzo powierzchownego przekonania, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. 
Dlaczego popsucie komfortu picia jest pierwszym krokiem do zdrowienia?

Z powodów dość oczywistych alkoholik beztrosko przebywający w strefie pijackiego komfortu nie odczuwa żadnej motywacji do zaprzestania picia i podjęcia ewentualnej walki z nałogiem. Dlaczego cokolwiek zmieniać, skoro jest tak fajnie? Niestety, strefa pijackiego komfortu kończy się dużo dalej, niż zaczyna obszar dyskomfortu otoczenia, a oba te zakresy mają zwykle dość duże pole wspólne. Chodzi mi o to, że osoby najbliższe pijącego cierpią dużo wcześniej, niż on sam. Inaczej mówiąc – to otoczenie jako pierwsze zaczyna zazwyczaj ponosić koszty czyjegoś alkoholizmu, a sam zainteresowany przez wiele lat (czasem do końca życia) daleki jest od przyznania, że jego picie może komukolwiek szkodzić.
Ponoszone przez najbliższe alkoholikowi osoby konsekwencje jego nałogu niekoniecznie muszą być, i z początku zwykle nie są jakieś szczególnie dramatyczne. Wystarczy, że podchmielony tatuś opowiada głupkowate, krępujące dowcipy przy wigilijnym stole. Zażenowana rodzina nie bardzo wie, co może i powinna w tej sytuacji zrobić. W sumie ojciec nie dopuszcza się niczego bardzo złego, psuje tylko atmosferę wspólnego święta, które dla wielu osób jest szczególnie ważnym i bardzo osobistym przeżyciem. Brak zdecydowanej reakcji w tych pierwszych, ostrzegawczych momentach skutkuje jak zwykle narastaniem problemu. W chronicznej czy zejściowej fazie uzależnienia koszty picia bywają naprawdę przerażające, a rozpad rodziny czy śmierć pijącego to niestety bardzo częste, ostateczne konsekwencje.  

Z powodów powyższych komfort picia jest jedną z największych przeszkód na drodze do normalności i zdrowia. Dopóki picie jest przyjemne i nie pociąga za sobą żadnych szczególnie przykrych następstw, pijak funkcjonuje we własnym, chorym i złudnym ale pięknym i przyjaznym, fantastycznym świecie, nierzadko nie zauważając żadnych wyrządzanych przez siebie szkód. Jeśli alkoholik nie musi oddawać pijackich długów, sprzątać zarzyganej sypialni, prać brudnych i śmierdzących ubrań, spędzać czasu w szpitalach i przychodniach zdrowia czy ciągle szukać nowej pracy, nie ma żadnego powodu, by przestać pić, co oczywiście nie oznacza, że zmuszony do tego wszystkiego pić przestanie. Niestety, jak uczy doświadczenie, większość uzależnionych nie powraca do zdrowia nawet mimo ponoszenia wszelkich, totalnie destruktywnych skutków prowadzonego trybu życia.

Jeśli jednak otoczenie bardziej lub mniej świadomie wspiera pijaństwo alkoholika, nie należy oczekiwać, by zyskiwał on jakąkolwiek motywację do zdrowienia.
        
Jak popsuć komfort picia?

Obciążanie alkoholika pełną odpowiedzialnością za WSZELKIE negatywne konsekwencje picia jest pierwszym i podstawowym sposobem rozpoczęcia powolnej drogi do zdrowia. Jeśli nawet nie pomoże to pijącemu, z pewnością pomoże jego najbliższym. Czasami wyrabianie odpowiednich nawyków i umiejętności adekwatnego, rozsądnego reagowania trwa długie lata. Zazwyczaj wymaga to także specjalistycznego, terapeutycznego wsparcia, bo rodzina, jak wspomniałem powyżej, w najlepszej wierze popełnia kardynalne, a wynikające po prostu z niewiedzy błędy. Wylewanie czy chowanie alkoholu i odwrotne od zamierzonych skutki tej praktyki to być może najbardziej spektakularny przykład tego, jak w realiach choroby alkoholowej oddawać można pijącemu niedźwiedzie przysługi.
Dlatego, mając na uwadze powyżej opisane zależności, warto pamiętać:

  1. Spożywanie alkoholu bywa i powinno być przyjemnością. Dopóki picie nie wymyka się spod kontroli oczywistym jest, że wszelkie alkoholowe rozrywki odbywają się zwykle w atmosferze luzu i swobody, co świetnie służy odpoczynkowi i społecznej integracji. Alkohol nie jest jednak przeznaczony dla osób uzależnionych i alkoholikowi szkodzi w każdej, najdrobniejszej nawet dawce.
  2. Dopóki przymykasz oczy na czyjeś nadmierne picie lub nawet wspierasz je, tak naprawdę komplikujesz i tak już skomplikowany problem. Nadużywanie alkoholu powinno zawsze spotykać się ze zdecydowaną, prewencyjną reakcją osób, dla których czyjeś picie może pociągać negatywne konsekwencje.        
  3. Otwarcie i szczerze mów o sprawach, które cię niepokoją, nie pozwól zamykać sobie ust. Alkoholizm to problem jak każdy inny, a rozmawianie o problemach jest zwykle pierwszym, bardzo ważnym etapem ich rozwiązywania. Choroba alkoholowa jest chorobą kłamstw i niedomówień, a brak szczerej komunikacji jest jednym z podstawowych powodów niepowodzeń w prewencji i terapii. Za zamiatanie sprawy pod dywan czy przemilczanie problemu słono zapłacisz – po prostu część kosztów picia alkoholika poniesiesz za niego.
  4. Nie bierz na siebie ŻADNYCH konsekwencji czyjegoś picia. Nie sprzątaj, nie spłacaj długów, nie kłam i nie kręć, by kryć kolejne idiotyczne wybryki osoby pijącej. Zdejmując z alkoholika odpowiedzialność wyrządzasz mu wielką krzywdę, nie ponosząc odpowiedzialności nie ma on żadnych powodów, by walczyć z chorobą.
  5. Daj pijącemu wyraźnie do zrozumienia, że nie akceptujesz i nie tolerujesz jego picia. Nie kupuj mu alkoholu, nie woź go do sklepu czy baru, nie odprowadzaj go pijanego do domu (od tej reguły, jak od niemal każdej, istnieją oczywiście wyjątki i są nimi przede wszystkim sytuacje zagrożenia życia. Raczej nie sposób zostawić pijanego na śniegu i mrozie, ale twoja pomoc w takich przypadkach powinna mieć rozmiar minimalny, niezbędny do zapewnienia podstawowego bezpieczeństwa).
  6. Jeśli alkoholik po pijanemu zakłóca spokój codziennego, rodzinnego czy sąsiedzkiego współżycia, nie wahaj się sięgać po zdecydowane środki zaradcze. Wezwij policję, jeśli trzeba oddaj sprawę do prokuratury, poproś o interwencję służby społeczne.
  7. W sytuacji, gdy inne środki działania zawiodły, wnieś do sądu sprawę o skierowanie alkoholika na przymusowe leczenie odwykowe. Znam wiele osób, które po takim leczeniu powróciły do zdrowia i pozostają trzeźwymi od lat.
  8. Jeśli zależy ci na osobie pijącej, rób wszystko, by przy każdej okazji, lecz nie za cenę własnego zdrowia i samopoczucia psuć jej komfort picia.    
  • TEN esej/felieton, a dokładniej może, jego łatwo zrozumiała treść i czystość przekazania powaliły mnie na kolana i częściowo odebrały mi mowę.

    Jedyne co jestem w stanie w tej chwili powiedzieć, tu, publicznie to:

    _Autorze_, _Panie Imielski_, _Człowieku_ – kocham Ciebie.

    Powyższym esejem pokazałeś mnie (i mam nadzieję, że wielu innym nawet jeśli tu nie wystąpią) , że posiadasz znajomość życia i hołdujesz systemowi wartości, które są godne najwyższego szacunku. Posiadasz wiedzę, zrozumienie i zdolność przekazania nam Twoich rozmyślań, które nie mogą być oceniane w kategoriach znanych nam ludzkich wartości. Dałeś mi podstawy do poważnych przemyśleń.

    Kłaniam się z szacunkiem.

    Zenon Garnek zegarnek @ gmail . com

  • Panie Zenonie, jest Pan dla mnie odrobinę zbyt łaskawy, ale dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie.

  • Panie Wojciechu, nadużywanie alkoholu (wraz z 'epidemią' twardych narkotyków to dwa) to zjawisko najagresywniej, obecnie, niszczące społeczeństwa. O ile nasz Kraj ma, że tak powiem, ogromne doświadczenia z alkoholem, efektywność zapobiegania nadużywania alkoholu jak też leczenia choroby alkoholowej pozostają na takim samym, niskim i nieskutecznym poziomie od wielu lat.

    Miniona dekada ukazała kolejny, problem w wielu innych krajach np. Australia, Wilka Brytania, Francja. Za szybkie picie do nieprzytomności (binge drinking) wzięli się młodzi, nawet bardzo młodzi ludzie często nieletni. Problem polega na tym, że wśród młodych utarł się zwyczaj – aby dobrze się pobawić to trzeba prawie stracić przytomność. Do tego znacznie wzrosły częstotliwość i poziom agresji. W ciągu ostatnich lat pijackie bójki skończyły się śmiercią kilku osób. Wraz z postępem rozwoju społeczeństwa nie następuje roztropność spożywania napojów alkoholowych.

    Myślę że są dwa główne powody powyższych zjawisk:

    1. Brak lub zaniedbanie edukacji młodych ludzi na temat wpływu na zdrowie oraz kultury picia napojów alkoholowych.

    2. Spotęgowanie w poprzednim okresie (10-15 lat temu) działania sił marketingowych – reklam sprzedaży alkoholu w najróżniejszych postaciach. Dozwolenie to, dziś okazuje się, było poważnym błędem ciał ustawodawczych. Trwające od kilku lat próby 'naprawy' tych błędów okazują się mało efektywne.

    Pańskie eseje na tematy związane ze spożywaniem alkoholu a szczególnie na różne aspekty uzależnienia spełniają właśnie rolę edukacyjną. Przestrzegają przez zasadzkami jakie może napotkać każdy, nawet osoba pijąca towarzysko i z umiarkowanie. Opisuje pan tu aspekty picia i skutków picia i elementy zjawisk w otoczeniu pijącego alkohol, które praktycznie są zupełnie nie znane większości społeczeństwa.

    Jeśli pański esej ulży choć jednej osobie (żonie, mężowi, matce), ochroni choć jedno dziecko, pomoże w walce z piciem choć jednemu uzależnionemu czy uratuje od tragedii jedną rodzinę to spełnił pan Swój szlachetny obowiązek jako człowiek odpowiednio wykształcony z uwagą zwróconą na humanizm i altruizm.

    Zenon

  • Bardzo ciekawy tekst. Trudny temat alkoholizmu udało się Pau ciekawie opisać. Czytając ten tekst pomyślałam o innym problemie opisanym na blogu naukowym SWPS dot dylematu mistyfikatora: http://www.strefapsyche.swps.pl/2013/12/dylemat-mistyfikatora-oszukujesz-siebie.html Zapraszam w wolnej chwili. Pozdrawiam,

  • Dziękuję, zapoznałem się, fajnie napisane. Pozdrawiam serdecznie również
    .

  • Anonimowy

    Dziękuję, bardzo dobrze napisane, pomógł mi Pan w podjęciu pewnych decyzji.

  • Anonimowy

    Ja również dziekuje wiele dowiedziałam się o komforcie picia a bardzo chce pomóc bliskiej osobie, kłaniam się

  • Anonimowy

    Zabolał mnie trochę ten fakt:

    "- dzieci przynoszące alkohol czy ukrywające fakt, że ojciec znowu jest niedysponowany,"

    Jestem z rodziny alkoholowej, ojciec jest uzależniony i mimo tego, że jestem już po 20 nadal boję się odmówić mu kupna kolejnej ćwiartki. To nie jest takie proste, bo alkoholikami zostają różne osoby, nie mówiąc już o tym,że sam alkohol miesza w mózgu. Gdybym się tak otwarcie sprzeciwiła to w najgorszym przypadku dostałabym na odlew w twarz, w najlepszym (i najbardziej prawdopodobnym) stosowałby na mnie te swoje sztuczki, którymi wszystkie dzieciaki za mordy trzyma. Nie wiem, ojciec coś w sobie ma, że mimo iż parę razy próbowałam asertywnie odmówić to zawsze kończyło się to moim poczuciem winy, obawą,że zacznie mi coś wypominać, jego "dziwnymi gestami" i popsutą atmosferą lub darciem mordy.
    Przyznam się, boję się go i tyle. Gościu po odsiadce (nawet nie wiem za co), agresywny, oślepił kota, w domu rzuca talerzami, sprzętami elektronicznymi (np. laptopem),swego czasu bił matkę, raz pamiętam podchodzę do niego i pytam się, gdzie mama, a ten z takim dziwnym wyrazem twarzy i uśmieszkiem odpowiedział coś w stylu "gdzieś polazła k*rwa ale przysięgam ci,że niedługo znajdziesz ją w kawałkach w rzece". Mam się mu postawić? Dobre sobie. Jak on z łapami potrafi wyskoczyć na typka, który na drodze za wolno jedzie samochodem..
    Nie tylko ja, wszyscy się go boją. Jak jest w chacie to staram się wychodzić albo mam mnóstwo wymówek po ręką na wypadek gdyby chciał żeby kupić mu alkohol.
    To wszystko nie jest takie proste. Najbardziej wkurza mnie reakcja matki i sądząc po Pana artykule (gdzie wszystko się zgadza z naszą sytuacją) to pewnie nie jedna kobieta ta się zachowuję, a mam na myśli bezmyślne prowokowanie pijanego, latanie za nim, krytykowanie go, darcie się na niego, matka tylko sama sprawia, że tak się zachowuje. Gdyby odpuściła i dała mu się przespać to mniej awantur by było..

  • Dziękuję za wpis. Tak to, niestety, jest. I ja dobrze wiem, że to nie jest proste. Właściwie to nic nie jest proste. Ale z pewnością każdy z nas decyduje, na co się godzi, a na co nie.

  • Anonimowy

    Dziękuję za ten tekst. Bardzo…

  • Marta

    Witam, chciałabym – za pozwoleniem – podzielić się z Panem wrażeniami po lekturze artykułu.

    Pierwsza sprawa, którą chciałam skomentować dotyczy wpisu n.t. tego jakoby rzekomo spożywanie alkoholu miałoby być przyjemne. I możnaodnieść wrażenie że propaguje pan alkoholowe rozrywki jako niezastąpione w osiągnięciu luzu i integracji społecznej. Przyznam, że zszokowały mnie te słowa.
    Picie alkoholu jest spożywaniem trucizny, która jak to trucizna (C2H5OH) działa szkodliwie na układ nerwowy i organizm w ogólności. Działanie związku chemicznego na układ nerwowy daje chwilowe uczucie odprężenia, ale przecież wiemy, że nie jest to odprężenie takie samo co osiągnięte w zdrowy sposób, poprzez miłąlekturę, medytację, powodzenie towarzyskie, etc.
    Czy na pewno picie alkoholu POWINNO być przyjemne? To jakie jest raczej decydują o tym powody z jakich ludzie piją, a potrafią pić z różnych powodów. W każdym razie odbieram Pana słowa jako zachęcanie do picia, jakoby nie było lepszych sposobów na uzyskanie luzu, integracji, przyjemności. I przyznam że wzdrygnęło mnie jak to przeczytałam.
    Oczywiście, że tak jak każda trucizna, przyjmowana w nieznacznych ilościach może nie szkodzić, ale nie mówimy tu o nieznacznych ilościach takich jak np. 35ml czerwonego wina – tyle podobno poprawia funkcję układu krążenia (1/4 typowego kieliszka wina – dziennie) – czy ja wiem, czy temu powinna towarzyszyć przyjemność? Jednak jak pomyślę o tych rozrywkach alkoholowych np.po meczach, na weselach, parapetówkach itp. to jakoś nie bardzo umiem sobie wyobrazić, aby kibole wypijali dla integracji społecznej 1/4 kieliszka czerwonego wina… Zatem jak dla mnie legitymizuje Pan picie dla przyjemności, jakby tylko niewłaściwe było picie z innych powodów np.na śmiałość, aby pozbyć się mechanizmów obronnych, aby pozbawić się kontroli, itp. Przecież to właśnie czerpanie przyjemności stoi za twierdzeniami późniejszych alkoholików że piją bo lubią, bo się odprężają, bo im smakuje.
    Jeśli człowiek potrzebuje alko bo nie jest w stanie funkcjonować społecznie, albo "gęby" w towarzystwie otworzyć, to to już jest samo w sobie godne ulitowania, a nie zachęty, że to świetny sposób na zaradzenie problemowi towarzyskiej nieśmiałości… Tak sądzę.

    Druga kwestia. Komfort picia. Czytam sporadycznie różne blogi na ten temat i przyznam z przykrością, że nie wiem czy to kwestia efemeryczności źródeł naukowych na ten temat czy braki co do wiedzy merytorycznej, ale nie konkretnie bardzo pisze się na temat tego czym jest zabranie komfortu picia. Skoro człowiek pijący w wyniku odebrania komfortu picia miałby jak najszybciej poznać koszty picia, to w takim razie im wcześniej przestanie się osoba współuzależniona jakkolwiek wtrącać w to co robi alkoholik tym dla wszystkich lepiej, bo alkoholik będzie pił ile chce i kiedy chce i albo osiągnie swoje dno albo nie, w zasadzie wszytko jedno bo i tak nikt tego za niego nie zrobi. Jednocześnie jednak pisze się, jak również Pan, raz tak, a raz tak, o konieczności przeszkadzania alkoholikowi, odbieraniu komfortu, o podejmowaniu zdecydowanych reakcji prewencyjnych. Zatem czym jest to ostatnie, czy to jest zachęcanie do tego by żony suszyły głowę mężom, że piją, że mają przestać, bo niszczą rodzinę itp. Mógłby Pan konkretnie wyłożyć swój pogląd?

    Z pozdrowieniami

    Marta

  • Szanowna Pani Marto, ze względu na ograniczenia Bloggera odpowiedź muszę podzielić na dwie części,
    dziękuję za zaangażowane czytelnictwo i obszerny komentarz. Owszem, picie alkoholu jest BARDZO przyjemne, co znam z własnego doświadczenia. Nie staram się go propagować, ale też nie mam nic przeciwko piciu, chociaż sam jestem ścisłym abstynentem od wielu lat. Zszokuję Panią jeszcze bardziej – nie mam nic także przeciwko wszelkim innym narkotykom, jestem bowiem zwolennikiem pełnej wolności wyboru dla każdej jednostki. To własna decyzja każdej osoby, kiedy, czego i w jaki sposób używa. Że takie podejście ma swoje ogromne wady… wiem. Każde ma.

    BRAK UMIARU w piciu również znam z własnego doświadczenia i tego już zdecydowanie nikomu nie polecam. Nie korzystam ze wspomnianych przez Panią "źródeł naukowych", moja wiedza ogranicza się do własnych i cudzych, życiowych doświadczeń w temacie, a także obserwacji, jakie mogę prowadzić na co dzień.

    Odpowiadając na Pani pytania i zarzuty:

    „Działanie związku chemicznego na układ nerwowy daje chwilowe uczucie odprężenia, ale przecież wiemy, że nie jest to odprężenie takie samo co osiągnięte w zdrowy sposób, poprzez miłą lekturę, medytację, powodzenie towarzyskie” – owszem, nie jest takie samo, nader często bywa znacznie lepsze i bardziej intensywne. Ale to już kwestia subiektywna, mogę Pani tylko powiedzieć, że znam i jedno, i drugie uczucie. Równie dobrze mogłaby Pani przekonywać skoczka spadochronowego, że gra w szachy jest znacznie lepsza, niż skoki – czy byłby to zabieg uzasadniony?

    „W każdym razie odbieram Pana słowa jako zachęcanie do picia…” – ma Pani takie prawo, proszę korzystać z wolności interpretacji. Ze swojej strony powiem szczerze, że tak w publicystyce, jak i w codziennym życiu staram się raczej nikogo nie zachęcać, ani nie zniechęcać do picia. Osoby zachęcające i zniechęcające są zwykle odbierane jako nieznośne i upierdliwe, a nie chciałbym wcale, by moje otoczenie uznawało mnie za kogoś takiego.

    ”…jakoby nie było lepszych sposobów na uzyskanie luzu, integracji, przyjemności” – nie wiem, czy są lepsze, czy gorsze, zapewne jest to kwestią subiektywną i pewnie każdy sam powinien ocenić. Dla wielu osób i z wielu względów alkohol jest znacznie lepszy, niż książka czy medytacja i jakiekolwiek autorytatywne stwierdzenia „ten sposób jest lepszy” uważam za nieuprawnione. To, że dla Pani lepszy nie oznacza, że dla kogo innego również.

    „I przyznam że wzdrygnęło mnie jak to przeczytałam.” – współczuję wrażliwości, musi być Pani ciężko w życiu 😉

    „Zatem jak dla mnie legitymizuje Pan picie dla przyjemności, jakby tylko niewłaściwe było picie z innych powodów np.na śmiałość, aby pozbyć się mechanizmów obronnych, aby pozbawić się kontroli…” – w tym miejscu podejrzewam Panią o pewien brak wprawy w interpretacji i rozumieniu natury podstawowych mechanizmów psychologicznych. Proszę zwrócić uwagę, że wszystkie wymienione przez Panią zjawiska również sprowadzają się do PRZYJEMNOŚCI. Wypływa ona bowiem zarówno z pozbycia się nieśmiałości, jak i ze zmiany (nie jest możliwe „pozbycie się” – nawet u pijanego czy naćpanego mechanizmy obronne są nadal obecne, a ponadto samo picie jest mechanizmem obronnym) mechanizmów obronnych, czy wreszcie zmniejszenia kontroli nad zachowaniem… itd. Jeśli więc alkohol powoduje jakiekolwiek pozytywne (subiektywnie spostrzegane jako pozytywne) skutki dla pijącego, zawsze towarzyszy temu przyjemność – czy to z pozbycia się nieśmiałości, czy z utraty kontroli, czy z jakichkolwiek innych powodów. Z tej perspektywy większość (jeśli nie 100%) ludzi sięga po alkohol „dla przyjemności”. (cd. poniżej)

  • Pani pomysł, że osoba współuzależniona powinna "jak najwcześniej przestać się wtrącać" jest pomysłem raczej nieszczęśliwym, ponieważ "nie wtrącanie się" musiałoby jednocześnie oznaczać tolerancję przypadków pobić partnera, bicia dzieci, głośnych awantur, demolowania mieszkania, przepijania wspólnych pieniędzy czy sprzętów i wielu jeszcze innych, interesujących alkoholicznych praktyk w oczekiwaniu na moment, w którym alkoholik sięgnie dna i przestanie pić, albo umrze czy się wyprowadzi. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem tolerowania szkodliwych skutków czyjegokolwiek picia. Owszem, alkoholik powinien ponosić WSZELKIE skutki picia, ale nie kosztem osób z otoczenia.

    Nie chodzi o suszenie komukolwiek głowy – o ile mi wiadomo, jest ono zupełnie nieskuteczne. Komfort picia odbierać można zarówno działając, jak i powstrzymując się od określonych działań, ale to bardzo długi temat i materiał na osobny artykuł.

    Podsumowując – dziękuję za cenne uwagi, a przede wszystkim za to, że faktycznie przeczytała i przemyślała Pani ten artykuł. Bardzo rzadko się to zdarza. Pani rozumowanie uważam za dość oryginalne, a jednocześnie zwraca Pani uwagę na zwykle ignorowane aspekty problemu, zajmując interesujące stanowisko. Wiele poruszonych przez Panią kwestii wymagałoby jednak długi wyjaśnień czy dyskusji – nie mam na to niestety czasu 🙁 Pozdrawiam Panią serdecznie.